... a weterynarz to żubr!" smile

Jak wygląda praca z tymi zwierzakami z perspektywy weterynarza, opowie Pan Roman Lizoń —  lekarz weterynarii, który zajmuje się żubrami w województwie zachodniopomorskim, od lat współpracujący z Zachodniopomorskim Towarzystwem Przyrodniczym w projektach związanych z ochroną i monitoringiem żubrów na terenie Pomorza Zachodniego.

***

Jest Pan od wielu lat czynnym zawodowo weterynarzem. Jak to się stało, że w czasie Pańskiej praktyki lekarskiej zaczął się Pan zajmować żubrami?

Pamiętam ten dzień kiedy w Państwowej Lecznicy w Wałczu, w której wówczas pracowałem,  pojawił się  leśniczy. Niestety, nie zapamiętałem jego imienia, ale przyszedł z bardzo nietypową sprawą:  odnaleziono szczątki żubra! W niekrótkim czasie po introdukowaniu pierwszych żubrów w powiecie wałeckim (lata 80` przyp. red.) dowiedzieliśmy się o przypadku  zastrzelonego byka. Była to pomyłka, ponieważ „strzelano do dzika”.   To był drugi przypadek, kiedy znaleziono martwe zwierzę, a właściwie jego kości. Ponieważ żubr jest gatunkiem chronionym, należało wykonać sekcję i stworzyć protokół opisujący przyczynę śmierci. W związku z tym, że koledzy z lecznicy byli dosyć mocno „zapracowani”, a ja byłem najmłodszy, zostałem oddelegowany  bo: „jesteś młodszy, jedź, zobacz co się stało” (oczywiście wszystko odbyło się w przyjaznej atmosferze). I tak rozpoczęła się moja przygoda z żubrami. Pojechałem na miejsce, to było gdzieś w okolicy Kłębowca, w zagajniku leżały już mocno rozłożone szczątki — okazało się, że zwierz wpadł we wnyki. Była to próba kłusownictwa na inne zwierzę, a nieszczęsny żubr trafił się tam przypadkowo. Od razu coś mi się nie zgadzało, bo przy kościach nie było głowy. Potem okazało się, że ktoś ją po prostu zabrał... Później zdarzały się kolejne sprawy i następne i następne, ale za każdym razem byłem wybierany do akcji na zasadzie: „no jedź, bo coś już wiesz”. I tak moja praca z tymi zwierzakami trwa  aż do dziś.

Zaczęto coraz częściej  dzwonić do Pana w sprawie żubrów…

W tym czasie nie miał nikt specjalnie wykształcenia specjalistycznego w zakresie żubrów. Ówczesna wiedza lekarsko-weterynaryjna wystarczała do wystawienia orzeczeń i stwierdzeń. Od `82 byłem prawie przy wszystkich żubrowych przypadkach  w naszym rejonie, więc gdybym wszystko podsumował to między innymi wykonałem ponad 70 sekcji żubrów, z różnych przyczyn. Na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat pracy miałem okazję zobaczyć i doświadczyć jak tworzy się nowa populacja żubrów na Pomorzu Zachodnim. Od utworzenia stada w okolicy Wałcza mijały lata, grupa zaczęła się powiększać, choć nie bez strat — pierwsze „stadko” liczyło 8 sztuk, później było 7, ponieważ byk stadny został zastrzelony (to ten wspomniany wcześniej), a potem było 6 (tym kolejnym żubrem była właśnie znaleziona, jak się później okazało— krowa, która wpadła we wnyki). Czas mijał nieubłaganie, rodziły się nowe cielęta, padały starsze osobniki, populacja powoli rozwijała się  mimo bliskiego stopnia spokrewnienia. Aż do 2005 roku stado pierwotne rozmnożyło się do około 30 osobników. W międzyczasie nastąpiła swego rodzaju stagnacja, ponieważ żubry przystępujące do rozrodu były coraz starsze i rodziło się coraz mniej cielaków. Stwierdzono, że przyczyną takiego stanu jest prawdopodobnie za wąska pula genowa w tym mikroklimacie, powodująca degenerację stada.  Wszyscy, którzy byli powiązani z żubrami szukali rozwiązania — powstały pytania i pomysły w jaki sposób zasilić „krew” nowymi osobnikami. Kiedy Zachodniopomorskie Towarzystwo Przyrodnicze zajęło się profesjonalnie realizowaniem przyjętych założeń względem żubrów na naszym terenie, wtedy zaczęła się zdecydowana poprawa, m.in. poprzez utworzenie nowych stad, które miały za zadanie poprawić pulę genetyczną. Dzięki temu osiągnęliśmy sukces bo z początkowych  8 sztuk obecnie mamy łącznie około 350 osobników (w około 10 stadach).

Pamięta Pan wrażenia, kiedy po raz pierwszy spotkał Pan żywy okaz?

Jakby nie mówić, spotkanie z jakimkolwiek zwierzakiem to część pracy weterynarza, ale za każdym razem kiedy jest to żubr bywa bardzo ciekawie. Ta cała nasza weterynaria jest tak szeroka, że można podzielić ją na pracę w terenie, w laboratorium, badanie mięsa i ochronę środków spożywczych.  W tym wszystkim jest jakby taka „gałązka” — praca przy dzikich zwierzętach czy „nieudomowionych” — tak to by się fachowo nazywało i w tym, między innymi są żubry. Jest to nowa dziedzina, dlatego każde zebrane doświadczenie podczas obcowania z nimi jest bardzo cenne! Żubry z reguły kojarzą się ludziom głównie jako zwierzaki zamknięte w zagrodach. Mając z nimi pierwszy raz styczność od razu mogłem zweryfikować swoje poglądy na ich temat. Miałem okazję przekonać się jak wygląda praca ze zwierzakami żyjącymi na wolności.

Czy Pamięta Pan najlepsze i najgorsze chwile związane z żubrami? Czy dotyczyły bezpośrednio zwierząt, a może bardziej ludzi, którzy mieli z nimi coś wspólnego?

Te zwierzaki pięknie wyglądają na polach — całe stado: krówki i cielaczki, na zewnątrz stoją byki, albo gdzieś staje byk stadny i patrzy co się dzieje dookoła — to jest wspaniały widok! Z drugiej strony zdarza się, że jest to widziane zupełnie inaczej, bo one stoją „w szkodzie” czyli wchodzą komuś na pole. Dużo nieprzyjemnych sytuacji miałem, niestety,  związanych z działalnością ludzką. Niejednokrotnie widziałem jak ludzie np. przepłaszali samodzielnie żubry albo wręcz  robili różne złośliwości z powodu frustracji, że „ktoś ciężko pracuje na swojej uprawie, a zwierzaki robią mu straty”. Były  próby straszenia ich ciągnikiem, psami, widłami, różnymi innymi rzeczami. Wśród tych zdarzeń miałem jeden nieprzyjemny przypadek, kiedy wyrządzono krzywdę żubrowi przy pomocy widłaka (sprzęt do przewozu m.in. balotów siana, przyp. red.).  Zwierzak padł, a ja wykonywałem  jego sekcję zwłok — miał przebitą tętnicę udową i się wykrwawił. Bardzo duże starty bywały na drogach, ponieważ żubry wolnożyjące potrafią nagle wskakiwać na jezdnię i przy tak dużym ruchu jaki panuje na drogach, miały małe szanse aby uniknąć kolizji. Każdy przypadek straty żubra to dla mnie taki mały cios w serce, bo to po prostu boli. Wypadki drogowe to najtrudniejsze chwile ponieważ mam świadomość, że  cierpiał zwierzak, cierpieli ludzie i mamy kolejną stratę. Niestety, ale to cena za cywilizację. Zawsze po takim wydarzeniu mam refleksję, że mamy dobrobyt, mamy dobre drogi, dobre samochody, ale mamy coraz mniej miejsca dla dużych zwierząt. Człowiek wyparł je ze swoich środowisk: zawłaszczył pola, zawłaszczył lasy, zawłaszczył drogi i czasami są sytuacje, że te zwierzaki próbując normalnie żyć, pakują się w kłopoty albo w kolizję i giną. Rzecz jasna  zdarzały się przypadki celowego kłusownictwa czyli pozyskania mięsa z żubra. Dla mnie najbardziej kontrowersyjne i przykre sytuacje są związane z „przypadkowym” postrzeleniem żubra. Oczywiście nie wszystkie były celowe, aczkolwiek trudno jest mi uwierzyć, że można pomylić dzika, który ma kilkadziesiąt centymetrów od ziemi z żubrem, który ma około 1,5 m wysokości. Dla mnie te proporcje są niewyobrażalne! Niestety, jednak tak się dzieje…  Najgorsze przypadki jakie zapadające w pamięć to sytuacje,  kiedy zwierzak jeszcze żyje i trzeba go dobić, ponieważ nie ma możliwości leczenia tych zwierząt przy tak dużych urazach. Kiedyś na 10-tce (droga krajowa nr 10, przyp. red.) był potrącony roczny cielak. Zsunął się na łąkę w pobliżu rowu, miał sparaliżowany tył, więc próbował przemieszczać się na przednich nogach, niestety jego obrażenia bardzo źle rokowały i trzeba było go dobić.  Byłem przy tym w pobliżu i do dziś pamiętam jego oczy… To był po prostu dramat… Zdarzały się przypadki gdzie była zabita krowa, a w czasie sekcji okazywało się, że z lasu wychodzi jej młode czyli matka była świeżo po porodzie, albo w łonie odnajdywałem nienarodzone cielę. To są przykre sytuacje, ale myślę, że w statystyce nie do uniknięcia. Tak samo jak ludzie chorują, zdążają się wypadki, zgony, tu musimy się zgodzić z pewnymi rzeczami. Niektórzy przypuszczają, że wilki nam zjadają żubry, co raczej nie jest prawdą. Myślę, że wilki nie są takie głupie żeby próbować walczyć z bykami, może był taki przypadek gdzie słabsze cielę odeszło od stada, wtedy było upolowane na zasadzie selekcji, ale to jest natura. Był taki jeden przypadek, gdzie stado zdeptało około rocznego malucha - miało połamane nogi.  Na niego również została wydana decyzja o odstrzeleniu, ale wtedy coś mnie tknęło i… postanowiłem go uratować! Zauważyłem szansę na wyleczenie tego przypadku. Po wielu pertraktacjach zgodzono się, abym zajął się tym  malcem. Mimo wszelkich przeciwności losu udało się go wyleczyć i przewieść do ogrodu zoologicznego we Wrocławiu.

 Czy to był cielak, o którym rozmawialiśmy, że był przewożony maluchem?...

Tak, to cała historia ( śmiech) jak zapakowaliśmy cielaka do malucha! Żeby zmieściły się jego nogi się trzeba było odkręcić przednie szyby w samochodzie. Zawieźliśmy go do „obórki” (miałem szczęście, że znalazło się dla niego miejsce) i żył sobie pomiędzy kozami. Jego nogi były połamane, więc zrobiłem zdjęcie rentgenowskie,  ustawiłem złamanie, założyłem mu opatrunek ustalający, a po miesiącu „łapy” się zrosły. Cielak  mógł już brykać jak konik! Przy okazji wyleczyliśmy mu oczy, bo  miał bardzo pokaleczone przez ściernisko, gdzie próbował wstawać. Ze względu na jego kondycję  matka go odrzuciła, a kiedy go znaleźliśmy  umierał z głodu i z pragnienia. I tak podczas rehabilitacji dostawał małe kroplówki, potem herbatki z siana, potem mleko, a na koniec już bez problemu sam przyjmował stały pokarm!

To był byczek czy jałóweczka?

Jałóweczka. Kiedy rozmawiałem z jednym kolegą weterynarzem zajmujący się nią w zoo we Wrocławiu okazało się, że urodziła  cielaczka i została mamą „pełną gębą”  — to takie pozytywne zakończenie.

Oby takich więcej pozytywów!

Oby nie! Wolałbym, aby było ich jak najmniej! Wtedy udało się ją wyleczyć, ale przypadki u żubrów są bardzo trudne dlatego, że leczenie tak ogromnego, dzikiego zwierzęcia w warunkach nawet zagrodowych jest niemal niemożliwe. W jej wypadku mieliśmy pozytywny zbieg okoliczności — uraz nie był bardzo poważny, a i miałem możliwość umieszczenia jej w miejscu gdzie mogła kontynuować leczenie. Po za tym, był to mały około 30 kg cielak. U dorosłych zwierząt jest to dużo trudniejsze i wymaga to specjalnych pomieszczeń oraz sprzętu, którymi niestety nie dysponuję. Ponadto zwierzęta, zwłaszcza te dzikie,  szaleją w zamknięciu.  Do dorosłego żubra nie da się podejść bez znieczulenia (immobilizacji — zabieg chemicznego „uśpienia” zwierzęcia, przyp. red.). Niestety,  są to zwierzęta bardzo silne i mają swój charakter.  Nie da się do nich podejść, a na pewno nie dotrze do nich, kiedy zaczniemy mówić: „ to dla twojego dobra, my ci pomożemy”. Nie, tu w ruch idą rogi, kopyta i nas nie ma!  Dopiero po uśpieniu można udzielić im pomocy, wykonać badania, pobrać krew czy założyć obrożę telemetryczną. Ten zabieg bardzo obciąża organizm zwierzaka, dlatego zachowujemy odstęp czasowy przed podaniem kolejnej dawki. Po za tym, sam środek do immobilizacji jest bardzo drogi i nierzadko trudno dostępny!

Czy jest jakiś żubr, który szczególnie zapadł Panu w pamięć?

Może nie pamiętam wszystkich przypadków, bo część jest bardzo podobnych do siebie — jest potrącenie, jest akcja w nocy, potem ściągnięcie zwierzaka w miejsce gdzie można wykonać sekcję, zdjęcia i oględziny. Natomiast była taka jedna sytuacja, którą będę pamiętał zawsze. To była historia jednego z byków, który nazywał się… Pyra! Chodził w okolicy Tuczna.  Był to byk jakby wyselekcjonowany ze stada z Mirosławca, który wałęsał się  od czasu do czasu w tamtych okolicach. Zapewne próbował podejść z powrotem do stada, jednak bez szans. Silniejsze byki, które pilnowały swoich interesów  nie obchodziły się z nim łagodnie i za każdym razem dostawał łomot. Przez długi czas kręcił się po okolicach  między Tucznem a Mirosławcem.

Pamiętam tego byka, był taki konkretny i całkiem spory…..

Ten już nieco starszy byk po kolejnych bójkach miał już takie chwile, gdzie był w stanie agonalnym. Pewnego razu znowu oberwał. Aby odpocząć i zregenerować siły  przebywał w miejscu gdzie, traf chciał —  dość często kręcili się ludzie. Ktoś go tam znalazł jak leżał sobie w zagajniku, z czasem ludziom zrobiło się go szkoda i zaczęli przynosić mu siano, jabłka  i  buraki. On sobie leżał, skubał i dochodził do siebie. W pewnym momencie jego dobroczyńcy zaprzestali  przynoszenia mu jedzenia widząc, że czuje się lepiej.  Kiedy zorientował się o co  chodzi,  musiał stwierdzić, że nie ma co czekać i musi poszukać gdzie indziej smakołyków. Kiedy był już w miarę silny, zawędrował w okolice Tuczna, gdzie jest sporo nieogrodzonych sadów.  W związku z tym, że był to duży byk, ludzie bali się tego zwierzaka mimo, że nie był dla nich agresywny. Niestety, jego wizyty nie odbywały się bez strat w postaci np. zniszczonych płotów.  Bano się puszczać dzieci na podwórko, bo: „a nóż Pyra stoi w pobliżu”, wybuchła wówczas lekka panika.

To było bardzo medialne…

 Ludzie pisali bardzo rozemocjonowane listy do gazet, że „żubr zagraża” lub „żubr atakuje”. W międzyczasie Pyra pojawił się nawet w telewizji! Stworzyły się wówczas  dwa obozy: ci, którzy chcieli się go pozbyć i ci, którzy chcieli go ratować. Było pół na pół.  Na odstrzał żubra trzeba było mieć specjalne zezwolenie Ministra Środowiska. Aby wydano taką decyzję należało udokumentować, że byk stanowił zagrożenie  więc ta połowa, która chciała go zlikwidować bardzo się o to starała. Decyzja była wydana, ale nie znaleziono nikogo do wykonania wyroku. W międzyczasie znalazła się organizacja (Stowarzyszenie na Rzecz Rehabilitacji Ekologii i Ratowania Zwierząt  BENEK, przyp. red.), która stwierdziła, że go przygarnie i u nich będzie żył dozgonnie. Dzięki temu nie został odstrzelony, a zadaniem kolegów z Zachodniopomorskiego Towarzystwa Przyrodniczego było przetransportowanie Pyry do miejsca docelowego w Szewcach k. Poznania, siedziby organizacji (BENKA). Tam miał przygotowaną niewielką zagrodę, ale w planach było wybudowanie dla niego większej — kilku hektarowej,  żeby żył sobie swobodnie.

Kiedy zapadły wszystkie decyzje i mieliśmy przygotowany środek transportu, rozpoczęła się akcja „znieczulenie”. Dwa dni zajęło kolegom zlokalizowanie jego miejsca przebywania. Zanim zaczęła się cała sprawa z „nawiedzaniem” lokalnych mieszkańców, byk miał założoną obrożę do telemetrii, aby móc monitorować jego wędrówki.  Była starego typu i niestety raz działała, raz nie działała. Po namierzeniu Pyry pojechaliśmy całą ekipą, aby go znieczulić. Na miejscu obliczyliśmy dawkę, a w związku z tym, że był to stary osobnik więc nie dawaliśmy pełnej porcji, tak żeby nie zrobić mu krzywdy (zbyt duża ilość mogła by go nawet zabić!). Zanim zareagował na środek,  przeszedł sobie parę kilometrów, a  cała ekipa niemal gęsiego podążała w ślad za nim. Jak go w końcu położyło, to zaległ  w takim miejscu gdzie nie było do niego dostępu. W międzyczasie przyjechał samochód ze skrzynią i specjalną matą. Byk został na nią wsunięty i „zbaleronowany"  po to, żeby przeciągnąć go bliżej skrzyni transportowej stojącej na leśnej drodze. Działo się to w pięknych okolicznościach przyrody, w okolicy skarpy prowadzącej wprost do jeziora. Cała ta procedura trwała wiele godzin. Jak go wyciągnęliśmy z lasu to oczywiście należało zapakować delikwenta do skrzyni. Wysiłek godny Herkulesa:   10 osób w ponad 2 godziny— przekręcała i ładowała, w końcu jakoś udało się go włożyć i pojechał do Szewc. Na miejscu żył sobie dostatnio i każdy się cieszył jego obecnością. Po niedługim czasie padł. Niestety, ten już nieco straszy byk nie miał najlepszej kondycji, a jego serce nie wytrzymało szybkiego przyrostu masy ciała.  Kiedy zmarł, został przetransportowany do bazy w Dłusku. Pojechałem tam, żeby zrobić sekcję. Była noc, ładowanie go i transport kilkaset kilometrów to był nie lada wyczyn. Na drugi dzień o 4.00 rano miałem  wylot z Poznania na wakacje. Przywieźli go o 12 w nocy. Sekcję zrobiłem w ciągu godziny: musiałem wykonać wszystkie niezbędne oględziny, zrobiłem dokumentację fotograficzną. Wracając byłem skonany i  pamiętam, że dosłownie 5 minut przed odjazdem autobusu na ten samolot udało mi się zdążyć! To było szalone tempo!

Tak podsumowując, jaką Pan widzi przyszłość dla naszych żubrów?

Myślę, że przy akceptacji społecznej te duże zwierzaki w przyszłości mają szansę na koegzystencję razem z człowiekiem.  Obecnie żubry istnieją dzięki ogromnej pracy wielu ludzi, którzy są zaangażowani w ochronę tego gatunku. W połączeniu z pasją  prowadzone są liczne badania, zwłaszcza genetyczne, które mają na celu utrzymanie populacji. Podczas prac hodowlanych są prowadzone specjalne księgi rodowodowe, dzięki którym wiemy o wszystkich nestorach żubrowego rodu — każdy osobnik, który się rodzi dostaje numer, imię rodowodowe, oczywiście dotyczy to  hodowli zamkniętych. Wszystkie stada — dzikie i te w zamknięciu,  podlegają monitoringowi zdrowotnemu.  Zwierzaki w hodowlach są badane pod kątem m.in.  gruźlicy, co w dzisiejszych czasach jest bardzo istotne. Jeśli w dalszym ciągu będziemy kontynuować podjęte działania, to tylko z korzyścią dla przyszłych pokoleń żubrów. Oczywiście  biorę pod uwagę liczne zagrożenia takie, które istniały od zawsze czyli chów wsobny czy nowe jak  np. nieznane jednostki chorobowe wśród dzikich i hodowlanych żubrów, które potencjalnie mogą bardzo im zaszkodzić. Ostatnio głośno się mówi o nowej chorobie spojówek:  robaczycy spojówki— telazjozie, która zaczyna być w Bieszczadach problemem, u naszych zachodniopomorskich żubrów na szczęście jeszcze się nie doniosła. Dlatego ciągłe monitorowanie tych zwierzaków, z punktu widzenia zachowania ich w naturalnym środowisku, jest bardzo istotne! Dzięki kontroli możemy nie dopuścić do degeneracji genowej, zanieczyszczenia gatunku czy  do wybuchu dziesiątkującej choroby zakaźnej. A tak? Niech sobie „dalej chodzą po polach” i się rozmnażają!

Bardzo dziękuję za rozmowę!
M. Winkler

  • _MG_4407
  • _MG_4468
  • _MG_4488
  • _MG_4601